• Wpisów: 309
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 23:36
  • Licznik odwiedzin: 22 353 / 1993 dni
 
vcfviolacamifran
 
- Gdzie ty jesteś, (I.T.P.)? Zaczynam się o ciebie martwić! Oddzwoń w końcu! – nagrałam chyba już 10 wiadomość na poczcie głosowej mojej przyjaciółki.
Ona mnie dobijała. Nie daje żadnego znaku życia, ani nic tylko łazi gdzieś z jakimiś kumplami ze studiów. Usiadłam na kanapie i chwytając pilota w dłoń, przełączyłam kanał. Teraz ekran telewizora ukazywał najnowsze teledyski gwiazd. Właśnie spędzałam czas sama, w mieszkaniu moim i (I.T.P.). Rano zaplanowałyśmy sobie, że wieczorem pójdziemy do kina, na jakąś komedię, ale no cóż…… Jest 20:37, a jej jeszcze nie ma, mimo że powinna wrócić, zaraz po 15:30…….. No, także z dzisiejszego kina nic raczej nie wyjdzie…. Cały dzień przesiedziałam w dresach, przed telewizorem, oglądając jakieś angielskie seriale. Yhhh nie tak sobie wyobrażałam wyjazd do Londynu z przyjaciółką na studia… No ale trudno, w sumie w Polsce kiedyś też tak było. Wychodziła rano, wracała wieczorem. Nic nowego, prawda? A może rozładował jej się telefon? To by w sumie, chyba było logiczne.
Ruszyłam do kuchni, w celu zrobienia sobie czegoś do picia, jednakże zadzwonił mój telefon, który niestety trochę pokrzyżował mi plany. Wyjęłam komórkę z kieszeni dresów i zasiadając na blacie kuchennym spojrzałam na wyświetlacz. Nieznany mi numer…. Może to ( I.T.P). Może przypomniała sobie, o moim istnieniu? Albo może, pomyślała, że zacznę się o nią martwić?
- Halo?! – zapytałam z lekkim poirytowaniem w głosie.
- Witam. Nazywam się Mason Maberry.  – przedstawił się, tajemniczy mężczyzna. – Dzwonię ze szpitala na ( nazwa ulicy ). Czy rozmawiam z panią ( T.I.) (T.N.)?
- Tak, to ja. – w moim głosie można było wyczuć, lekkie przerażenie. – O co chodzi?
- Jest pani spokrewniona z ( I.T.P.) (N.T.P.) ? – zapytał najprawdopodobniej lekarz.
- Spokrewniona, z nią nie jestem, ale jestem jej przyjaciółką i mieszkam z nią. – rzuciłam. – Czy coś się stało?
- Pani przyjaciółka, została potrącona przez pędzące auto. – powiedział lekarz.
- Że co? – szepnęłam przerażona i zdziwiona. Przez chwilę, mój mózg nie pracował normalnie.
- Wypadek spowodował, pijany kierowca.  – kontynuował. – Pani przyjaciółka, ma złamane kilka żeber, lewą nogę oraz sporo siniaków. Za około 40 minut, przeprowadzimy operację, by usunąć odłamki połamanych kości. Jeżeli pani mogłaby przyjechać i podpisać kilka dokumentów, gdyż jak rozumiem, rodzina dziewczyny jest daleko?
- Tak w Polsce. Niedługo będę. – rzuciłam po  czym szybko się rozłączyłam.
               Moja ( I.T.P.) miała wypadek? Moja ( I.T.P.) leży w szpitalu? Nie, to nie może być prawda. Pędem, nałożyłam na siebie leżące na kanapie rurki i trampki, po czym wybiegłam z domu zamykając za sobą drzwi mieszkania.
               Nie minęło dobrze, 10 minut, a ja już byłam w szpitalu. Każda sekunda, była niczym minuta. W mojej głowie, były miliony myśli. A najgorsze było jednak to, że z każdą kolejną, te myśli stawały się coraz gorsze i tragiczniejsze…… Biegłam jak opętana. Zatrzymałam się tylko w recepcji, by zapytać, gdzie leży ( I.T.P.). 412. To był ten pokój. Kiedy tylko uzyskałam tą informację, rzuciłam się pędem w stronę windy. Wsiadając do pustego „pojazdu”, nacisnęłam przycisk z bodajże wygrawerowaną „8”. Mijając kolejne piętra, nerwowo potupywałam nogą. Nie potrafiłam zapanować nad emocjami. Byłam rozgoryczona i zarazem wściekła na samą siebie, za tak fantastyczne podejście. To było najgorsze półtorej minuty w windzie jakie kiedykolwiek przeżyłam, zwłaszcza że ciągnęły się on w nieskończoność.
               Drzwi windy otworzyły się z trzaskiem. Natychmiast wybiegłam z niej na korytarz. Biegałam jak opętana, po korytarzu, poszukując pokoju 412. Zanim jednak zdarzyłam dotrzeć, do Sali, gdzie leżała ( I.T.P.), ktoś złapał mnie za nadgarstek. Za mną stał, mężczyzna około 40, w białym fartuchu.
- Pani ( T.N.) ?
- Tak, to ja. – rzuciłam.
- Rozmawialiśmy przez telefon. Proszę panią do gabinetu. – powiedział lekarz. – Potrzebny jest podpis, kogoś z bliskich, byśmy mogli operować.
- Oczywiście. – odparłam. – Niech pan prowadzi.
               Lekarz zaprowadził mnie do gabinetu. Podpisałam potrzebne dokumenty i jak najszybciej opuściłam to pomieszczenie. Znowu ruszyłam w stronę pokoju 412, który mijałam z lekarzem.
               Stanęłam przed przeszkloną ścianą. Moim oczom ukazała się postać leżąca w śnieżnobiałym pomieszczeniu. Poczułam, jak łza toczy się po moim policzku. Patrzyłam na jej blade ciało, do połowy zakryte kołdrą. Spojrzałam, na posiniaczone ręce wystające spod białej pierzyny. Nie mogłam uwierzyć, że to moja przyjaciółka. Nie wierzyłam. Przecież, jeszcze rano, widziałam ją w nienaruszonym stanie, a teraz? Rozcięta warga, zaszyty łuk brwiowy, głowa okręcona białym bandażem, który w niektórych miejscach, przesiąkł krwią i przybrał kolor szkarłatnej cieczy. Naprawdę nie potrafiłam uwierzyć, że to ona. Jednak jej twarz, poznałabym wszędzie. Nawet teraz, kiedy była nienaturalnie blada i przypominała wyrzeźbioną z białego marmuru, rzeźbę, którą jakiś niezdarny pomocnik poplamił, gdzieniegdzie fioletową farbą. Nie wytrzymałam. Łzy ciurkiem spływały po twarzy. Nie wytrzymałam długo. Nie potrafiłam dłużej patrzeć, jak moja przyjaciółka, leży, blada i posiniaczona.  Wybiegłam ze szpitala. Pędziłam w stronę „ naszego” miejsca. Nie obchodziło mnie, że to miejsce było oddalone od szpitala o półtora kilometra, a na dworze było już strasznie ciemno, i zrywał się duży wiatr. Biegłam. Ile sił w nogach. Kiedy wreszcie stanęłam na moście, który oddzielał dwa brzegi Tamizy, ale nie był zbyt znany i nie wiele osób nim przechodziło. Chwyciłam się barierki, po czym sprawnie, przeszłam na jej drugą stronę. Z całej siły trzymając się barierki, spojrzałam na porywczy nurt rzeki. Nie wiedziałam, co mam zrobić. ( I.T.P.) Była moją jedyną rodziną. Wychowywałam się sama, bez rodziców, w domu dziecka. Ona jest moją, pierwszą i prawdziwą przyjaciółką. Przygarnęła mnie i razem z rodzicami, zafundowała studia w Londynie. Byłam jej wdzięczna za wszystko. Jej rodzice, adoptowali mnie, kiedy miałam 13 lat. Od tamtej pory, byłyśmy nierozłączne. Nie wyobrażałam sobie, życia bez niej.
 - Hej, piękna, nie skacz! – powiedział jakiś lekko przerażony głos. – Życie jest zbyt piękne! Chwilowe problemy, prędzej czy później znikną, a ty znów będziesz szczęśliwa! Przypomnij sobie chwile, kiedy szczery uśmiech gościł na twojej twarzy, a ty byłaś naprawdę szczęśliwa! Pomyśl o przyjaciołach!
- Moja jedyna przyjaciółka, jest w szpitalu! – krzyknęłam zapłakana. – Nawet nie wiem, czy przeżyje!
- Poczekaj! – powiedział chłopak, zbliżając się do mnie.
- Nie podchodź! – ostrzegłam.
- Poczekaj! – wciąż mnie przekonywał. – Zanim to zrobisz, porozmawiaj ze mną! Jeżeli później, będziesz jeszcze chciała się zabić, nie będę cię powstrzymywać, ale najpierw chociaż pozwól mi spróbować sobie pomóc.
- Dlaczego mam cię słuchać? – zapytałam, lekko odkręcając głowę.  – Przecież nawet mnie nie znasz. Masz pewnie swoje problemy i  tak naprawdę nie obchodzą cię moje kłopoty, więc po jaką cholerę, tracisz na mnie czas?
               Poczułam, jak ktoś chwyta mnie w talii i wciąga na drugą stronę mostu. Chłopak, po mimo moich protestów i wyrywania się, objął mnie i przyciągnął do siebie, zmuszając bym się do niego przytuliła. Początkowo, nie chciałam. W końcu w ogóle  go nie znałam, ale potrzebowałam tego. Potrzebowałam poczuć bliskość tej drugiej osoby. W tej chwili, nie obchodziło mnie, że go nie znałam. Liczył się tylko fakt, że ten chłopak, chciał mi pomóc. Albo przynajmniej udawał, że chciał mi pomóc. W ciemności, nie dostrzegłam żadnych szczegółów jego twarzy, czy chociażby jak był ubrany, jednak jego głos….. Był….. taki ciepły, troskliwy…. Mówił tak, jak…… jak mój tata, zanim zginął w wypadku samochodowym……… Tak bardzo mi tego brakowało.
               Po kilku minutach, odsunęłam się od niego. Odchyliłam głowę w tył, by zobaczyć, chociaż oczy chłopaka. I co zobaczyłam? Piękne, brązowe tęczówki, w których można by się zatracić.
- Jestem Liam. – powiedział nieznajomy.
- A ja ( T.I.) – odpowiedziałam, wciąż ze łzami w oczach.
- Chcesz, ze mną pogadać tutaj, czy gdzieś indziej? – zapytał i lekko się uśmiechnął.
- Może być tutaj. – chłopak wskazał na miejsce przy barierce. Oparłam się o płotek, a Liam usiadł naprzeciwko mnie. – Posłuchaj. Nie miałam zamiaru skakać, więc nie musisz udawać, że obchodzą cię, moje problemy. Zrozumiem, jeżeli teraz odjedziesz, nie obrażę się.
- A może chcę zostać i wysłuchać, twojej opowieści? – zaśmiał się lekko. – Czy tak trudno jest ci w to uwierzyć?
- Po prostu…. Jesteś pierwszą osobą, która okazała mi tyle ciepła, od mojego przyjazdu do Londynu. – rzuciłam cicho i nieśmiało.


               Spojrzałam na zegarek. Godzina 00:21.
- Jejku, zasiedziałam się trochę.  – powiedziałam.
               W ciągu kilku godzin opowiedziałam Liamowi, historię z całego mojego życia. To było naprawdę niesamowite, gdyż po kilku minutach znajomości, czułam, że naprawdę mogę mu zaufać. Li uświadomił mi, żebym nie traciła nadziei i wierzyła, że moja przyjaciółka już niedługo wróci do domu. Cieszę się, że jednak pozwoliłam mu zbliżyć się do mnie .
- Odwieźć cię do domu? – zapytał brązowooki.
- A mógłbyś? – uśmiechnęłam się.
- Oczywiście. – podniósł się z ziemi i podał mi rękę. – Chodź.
                Wstałam, poczym kierowana przez Liama ruszyłam do jego samochodu. Chłopak, otworzył mi drzwi, po czym sam zajął miejsce obok. Mieliśmy właśnie ruszać, kiedy samochód zgasł. Liam, pacnął się w głowę.
- Poczekaj chwilę. Zapomniałem wymienić olej. – uśmiechnął się, po czym wyszedł z samochodu.
               Przytulny wystrój auta i ciepło, sprawiło, że poczułam się senna. Walczyłam ze zmęczeniem, ale no cóż….. nie szło mi najlepiej….. Po kilku minutach….. Zmęczenie wygrało…..


               Poczułam promienie słoneczne, które delikatnie otulały moją twarz. Otworzyłam powoli oczy i zobaczyłam, całkowicie obcy mi pokój. Przypomniałam sobie wczorajszą noc, jak zasnęłam w samochodzie Liama. Przeciągnęłam się na łóżku i delikatnie z niego podniosłam. W pokoju byłam sama. Nigdzie nie widziałam brązowych oczu Liama. Delikatnie, na palcach wyszłam z pokoju i zaczęłam rozglądać się po korytarzach. Dom był urządzony w stylu nowoczesnym, na bogato. I trzeba przyznać, osoba która urządzała to miejsce, ma świetny gust. Powoli zeszłam po kręconych schodach w dół. Wszędzie panował idealny porządek. Byłam pod wielkim wrażeniem wnętrza domu. Usłyszałam skwierczący na patelni olej, który jak się domyślam dochodził z kuchni. Skierowałam się w tamtą stronę. Przekroczyłam próg pomieszczenia, po czym z uśmiechem popatrzyłam na bruneta, krzątającego się w kuchni.
- Hej. – powiedziałam opierając się o framugę drzwi. Chłopak odwrócił się, a mi opadła szczęka.
- Ooo hej. Widzę że już wstałaś. Głodna? – zapytał, a ja nie mogłam oderwać od niego oczu.
- …………. Liam Payne……..…. O mój Boże……… - nie mogłam w to uwierzyć.
-  Ymmm tak to ja. Mam nadzieję, że to nie problem? – powiedział, lekko niezręcznie.
- NIE! Jasne że nie. – uśmiechnęłam się. – Po prostu jestem w szoku. Byłam na waszym koncercie kiedyś…… Ale miałam kiepskie miejsca. W każdym bądź razie, lubię waszą muzykę i jestem naprawdę w szoku, że właśnie szykujesz dla nas śniadanie i w ogóle, spałam w twoim domu…..
- W moim łóżku. – zaśmiał się.
- O mój Boże…. Jeszcze lepiej. – uśmiechnęłam się. – No, ale skończmy ten temat. Co tam gotujesz?
- Smażę nam naleśniki. Mam nadzieję, że lubisz. – posłał mi takie urocze spojrzenie.
- Kocham naleśniki. – zaśmiałam się. – Mógłbyś mi powiedzieć, gdzie jest łazienka?
- Drugie drzwi po lewej. – odparł z uśmiechem.

Wytarłam usta, chusteczką, po czym spojrzałam na siedzącego naprzeciwko Liama, pałaszującego swoją porcję naleśników.
- Liam, zawieziesz mnie do szpitala? – zapytałam. – Bo ja swój samochód zostawiłam pod szpitalem.
- Jassssssne, tyko sjem swoje nalesniki. – powiedział z pełnymi ustami, na co ja wybuchłam głośnym śmiechem.
images.jpg


Z bloga i-wanna-be-forever-young-1dforever.blogspot.com…

Zuza :P

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego